„Parking tylko dla samochodów z identyfikatorem spółdzielni”

 Od jakiegoś czasu, podczas odwiedzin w moich stronach rodzinnych, przy wielu „parkingach” widzę informację: ”Parking tylko dla samochodów z identyfikatorem spółdzielni”. Zdaję sobie sprawę, że aut jest coraz więcej. W jednej klatce 10-piętrowego bloku są tam +- 33 mieszkania. Na przykładzie „mojej” klatki – wielu mieszkańców się wyprowadziło; niektóre mieszkania zostały wynajęte np. studentom (może niektórzy mają auta, inni nie, bo mieszkają tu tylko przez rok akademicki), w innych mieszkają często w pojedynkę osoby starsze, odwiedzane przez rodziny i wobec tego wszystkiego, niech na 5 mieszkań z każdej klatki przypada 1-2 auta (bo w niektórych rodzinach każde z rodziców ma swoje, czyli kilka do ponad 10 aut na klatkę). Teraz jeszcze dodajmy ilość klatek i robi się trochę tych samochodów. A że to nie stare poczciwe „maluchy”, tylko często większe samochody, miejsca robi się coraz mniej. Dodatkowo zdarza się, że na takich osiedlach niemal na obrzeżach miasta, swoje samochody zostawiają mieszkańcy podmiejskich wiosek i ościennych miejscowości, udając się do centrum lub innej dzielnicy miasta, miejsc parkingowych robi się jeszcze mniej. Dlatego pewno spółdzielnia wprowadziła identyfikatory dla mieszkańców, żeby zarezerwować im miejsca parkingowe i to jest OK.

Ale jest jeszcze coś – mieszkańcy osiedla przyjmują gości spoza miasta, często z dość daleka i ci przyjeżdżają samochodem. Owszem, można by zrobić parking dla aut w części tylko dla aut z rejestracjami spoza woj. małopolskiego, tylko dlaczego zmuszać ludzi czasem nie w pełni sprawnych ruchowo, starszych (…) do przechodzenia np. z takiego parkingu na drugi koniec osiedla? Pomysł, że mogliby podjechać pod klatkę, wypakować bagaże, odstawić auto na parking i wrócić pieszo? A z jakiej racji? Ci goście przyjeżdżają najczęściej na 2-do kilku dni; jeśli wydanie dla nich tymczasowego identyfikatora trwałoby chwilę i było załatwiane od ręki, a załatwienie sprawy byłoby możliwe przez mieszkańca osiedla, to OK, ale co jeśli nie? Czasem ludzie przyjeżdżają wieczorem, czasem  w weekend, kiedy administracja jest zamknięta… A co z tymi, którym przyjazd wypadł z dnia na dzień np. z nagłych przyczyn rodzinnych?

 Może więc należy zrobić więcej parkingów na obrzeżach miasta dla tych, co codziennie i stale dojeżdżają własnym autem do miasta  do pracy, ale po centrum już nie chcą się nim poruszać, tylko idą do tramwaju lub autobusu?

Czy ta kreatywność w pomyśle na biznes idzie w dobrą stronę?

 Niedawno weszła w życie ustawa antyterrorystyczna i w związku z tym mamy obowiązek rejestracji kart sim, w przypadku telefonów na kartę. Powiem szczerze, że mnie osobiście to nie rusza – nie korzystam z telefonów w nielegalnych celach: nie robię głupich kawałów, nikogo tą drogą nie prześladuję, nie nękam, nie używam prywatnego telefonu do pracy w marketingu (dzwonienie z ofertami) itp. Nie kontaktuję się też z ludźmi spod ciemnej gwiazdy, a jak jakiś znajomy będzie takim typem, a ja nie będę tego świadoma, to też nie będę miała nic do ukrycia… Będę współpracować „ze służbami” i powiem od razu wszystko, co wiem…

  Dziwi mnie trochę w tym konkretnym przypadku ten wrzask przeciwko wchodzeniu ludziom z butami w życie. Kiedyś, chcąc mieć taka wygodę jak telefon stacjonarny, miało się tylko jedno rozwiązanie – podpisać umowę z jedyną wówczas firmą telekomunikacyjną i podać swoje dane – czyli pomysł nie jest wcale nowy…

  Nie wiem, jak u innych operatorów, ale u mojego*, mając już choć jeden abonament lub jeden zarejestrowany numer na kartę i konto do zarządzania nim przez Internet, kolejne numery możemy rejestrować właśnie drogą internetową. Czyli nie muszę się ruszać z mojej oddalonej od cywilizacji wsi, żeby sobie numer zakupić i zarejestrować – kolejny problem z chodzeniem do salonu odpada.

 

  Jest jeszcze jeden „problem”, który powstał w związku z obowiązkiem rejestracji numerów na kartę: kwitnie handel zarejestrowanymi już kartami sim. Powstała nawet pewna strona internetowa „przedsiębiorstwa”, które najwidoczniej zajmuje się tym na większa skalę.**

  Zastanawia mnie np. sytuacja, kiedy ktoś sprzeda taką kartę, zarejestrowaną na siebie, a kupujący skorzysta z niej niezgodnie z prawem – np. będzie wydzwaniał z żartami o bombach lub „uprawiał” stalking.

  Dodatkowo – tu znów odnoszę się do swojego operatora (bo po prostu nie wiem, jak jest u innych) – wystarczy założyć konto internetowe do zarządzania numerem (choćby włączanie i wyłączanie różnych pakietów), żeby zobaczyć dane osoby, na którą numer jest zarejestrowany – imię, nazwisko, adres zamieszkania, nr dowodu osobistego – istna gratka dla oszustów, którym top całkowicie wystarczy do różnych oszustw, które nie pójdą na ich konto.

 Pamiętajmy, że sprzedając komuś taki zarejestrowany na siebie numer, zapewne zawrzemy z nim umowę ustną, czyli w świetle prawa, „w razie czego” trudno nam będzie udowodnić ot tak, że to nie my nawywijaliśmy… (W przypadku kradzieży karty, od razu zgłaszamy ten fakt!) Warto ponosić takie ryzyko dla zarobku? Sprzedawać tak naprawdę swoje dane za kilkadziesiąt zł nie wiadomo komu?

I druga strona medalu – tak właściwie nie wiemy, od kogo kupujemy, nawet jeśli dogrzebiemy się do jego danych na koncie internetowym do obsługi numeru. Kto ot tak udzieli nam informacji, czy sprzedawca nie ma nieciekawej przeszłości i dość mętnej teraźniejszości?

 

______

*zainteresowanym mogę podać na e-mail, o którego operatora chodzi, bo nie chcę mu robić reklamy za darmo

**zainteresowanym mogę podać link na e-mail i tylko na ich własne ryzyko, jako że nie pochwalam takiego biznesu i jest on dla mnie całkowicie pozbawiony sensu, poza tym, nie wiem, co z legalnością takiej działalności; oświadczam też, że sama nie mam nic wspólnego z tym przedsięwzięciem, a link znalazłam w komentarzu pod artykułem na wp.pl, w dniu 24.08.2016

Brak „odpępowienia”, a może zwykła empatia?

 Pisałam już kiedyś, że znalazłam w sieci wypowiedzi, że duża tęsknota za domem rodzinnym, rodzicami i miastem, z którego się pochodzi i w którym się wychowało, to widoczny objaw braku odciętej pępowiny.

 Niektóre osoby pisały: „wyjechałam (wypowiedzi kobiet) z domu na studia i jakoś sobie poradziłam (emocjonalnie)” (dalej między wersami padała sugestia, że skoro ta osoba tak świetnie sobie poradziła emocjonalnie, to znaczy, że każdy tak powinien sobie poradzić, a jak jest inaczej, znaczy że pępowiny nie odciął). Ktoś inny rzucił swoją prywatną teorię, że duża tęsknota „za Mamusią i Tatusiem” może być przejawem (pisząc w skrócie) nudnego życia, kiedy tylko wspomina się to, co było i tym się żyje…

 Powiem szczerze, że wszystko to mnie przeraziło. Czy to, że ktoś ma prawo do własnego życia, musi oznaczać rzadkie widywanie się z najbliższymi, z tym, że nie ma się czasu na tęsknotę za tymi, których się kocha od początku życia? że ta tęsknota nie ma prawa być duża?

 Kilka z tych wypowiadających się osób pisało, że z domu rodzinnego wyjeżdżało przed dwudziestką – np. na studia. Niektórych rzuciło od razu za granicę. Dobra, ale byli więc młodsi ode mnie o +- dekadę. Nawet dość „stary” nastolatek z dwudziestką na karku inaczej postrzega świat, niż osoba trzydziestoletnia, która może mieć już nieco więcej wyobraźni nt. potencjalnie możliwych uczuć innych osób. To po pierwsze. Po drugie,  zostawiali w domu rodzinnym oboje rodziców i być może młodsze rodzeństwo mieszkające jeszcze z nimi lub starsze, mające już własny dom / mieszkanie nieopodal. Powiem szczerze, że wtedy inaczej podchodzi się do wyprowadzki z domu rodzinnego.

 Mój ojciec zmarł 20 lat temu, starsza siostra założyła rodzinę przed nieco ponad dekadą i mieszka z mężem, wprawdzie dość niedaleko, ale nie o rzut beretem (dystans nie do spaceru). Co to oznacza? Ano właśnie – mama może być postrzegana jako osoba samotna. Wiem, że jeździ do mojej siostry, a raczej do swoich wnuczek, spotyka się od czasu do czasu ze znajomymi, rozmawia z nimi przez telefon, my ze sobą rozmawiamy tą drogą, ale  jednak zawsze wraca do mieszkania, w którym mieszka sama… Zdaje sobie sprawę, że do tego człowiek jest w stanie się przyzwyczaić. Zwłaszcza, jeśli w danym domu / mieszkaniu mieszka od kilkudziesięciu lat. To jego / jej kąt, który zna i po którym może się poruszać nawet z zamkniętymi oczami. „Starym drzewom” to zazwyczaj odpowiada. Mi jednak bywa z tego powodu przykro, zwłaszcza w kontekście tak często powtarzanego stwierdzenia, że wiele starszych osób jest po prostu samotnych (w mniejszym lub większym stopniu).

 Uważam, że tęsknoty za najbliższymi i naszego przywiązania do nich, mnie należy postrzegać za coś, co wskazuje na nasza niedojrzałość emocjonalną czy brak samodzielności pod tym względem. Nie piszę tu o chorych relacjach rodzic(e) – dziecko, kiedy to ci pierwsi zawsze chcą się wtrącać w życie potomstwa i może nawet decydować o nim, nawet kiedy dorosłe dziecko się żeni / wychodzi za mąż (nie mylić ze zdroworozsądkowym dawaniem rad i wspólnym rozważaniu różnych możliwości np. w przypadku jakiegoś problemu). Świadomość, że pozostawia się starszych rodziców, już na emeryturze, czasem już tylko jednego rodzica, mimo że ten może i umie sobie zorganizować jakoś czas, bywa naprawdę trudna. Nie chodzi o to, by z tej racji odbierać sobie szansę np. na założenie rodziny (której losy przecież też mogą się potoczyć różnie!), leczy, by mieć w świadomości, że kochający rodzic ma prawo tęsknić za swoim dzieckiem, mając świadomość, że ma ono prawo „do własnego życia”. Czy częste telefony „do mamy”, nawet króciutkie są powodem do wstydu? Nie! A często naprawdę pomagają obu stronom przetrwać i żyć „własnym życiem”, bo są po prostu dowodem pamięci i tego, że dana osoba po prostu wciąż nas obchodzi. Swoją drogą ciekawe, ile takich młodych osób zdaje sobie sprawę, jak ważne dla starszych osób są dowody pamięci – tej najzwyklejszej, bez powodu typu imieniny, czy Boże  Narodzenie… Pytanie: „co słychać?” i „jak minął dzień” potrafią poprawić humor nawet w smutny, jesienny, krótki dzień…

 

Znów to samo…

  Kiedy poprzednim razem kończył się mój i mojej córeczki pobyt w moich stronach rodzinnych, bardzo mnie w sercu i gardle ściskało ze smutku – i to z wyprzedzeniem, jeszcze zanim wsiadłyśmy do pociągu powrotnego.

  Teraz staram się nie ujawniać mojego smutku, choć bywa to trudne; nie chcę, żeby mojej Mamie było dodatkowo przykro. I żeby nie pomyślała, że z moją rodziną coś jest nie tak, skoro tak ciężko mi się zebrać „do domu”. Nie, w życiu rodzinnym jest OK. I to nie o to chodzi. A o to, co pisałam w poprzednim wpisie dotyczącym tego tematu. Ja po prostu tak tutaj wrosłam od urodzenia i tak całymi latami powtarzałam, że z Krakowa nic mnie nie „wyciągnie”, że teraz wciąż jestem bardzo zżyta z moimi stronami rodzinnymi. To tu mam bliskich krewnych, przyjaciół, miejsca, z którymi są związane wspomnienia szczęśliwych dni z dzieciństwa. Trudno mi przejść do porządku dziennego nad tym, że nie mam tego wszystkiego „pod ręką”. Nie walczę z tym, nic sobie nie tłumaczę. Tu wciąż się czuję pod każdym względem dobrze.

  W poniedziałek wracamy z córeczką… Zostaną znów „tylko” zdjęcia, telefon, SKYPE – to i tak dużo więcej, niż chociażby 30  lat temu… Ale to i tak mało… Byle do następnego zobaczenia…

Jeszcze o motylach…

…a konkretnie o tym muzeum. Najpierw zapraszam do obejrzenia kilku moich zdjęć: CLICK.

  Poniuchałam tu i ówdzie i okazuje się, że:

1. Muzeum to nie ma własnej strony www, a jedynie fanpage na FB (podlinkowana w poprzedniej notce); jest też wspominane przez kilka portali informacyjnych, ale to wszystko (wprawdzie jest strona zatytułowana „muzeum motyli”, ale odnosi się do muzeum w Bochni). Trochę to dziwne, bo przecież faktycznie – posiadanie konta na FB nie jest obowiązkowe i ludzie, którzy go nie posiadają, mają utrudniony dostęp do i tak skąpych materiałów nt. tego miejsca. poza tym „w dzisiejszych czasach”, wiele tak niewielkich inicjatyw ma normalną stronę www, choćby na darmowym hostingu.

2. Przeczytałam trochę komentarzy na temat tego muzeum i wiele niestety jest niepochlebnych. Ludziom nie podoba się:

  • cena, zwłaszcza stosunek ceny do wielkości „muzeum” i ilości  żywych „eksponatów”; często skarżono się, że kiedy odwiedzali to miejsce, było tu zaledwie kilka ŻYWYCH motyli
  • warunki, w jakich żyją motyle (nikt się jednak nt. temat nie rozpisywał dokładnie)
  • ogólnie sposób działania muzeum (w tym chyba zbyt rzadkie dyscyplinowanie odwiedzających, żeby nie kaleczyli skrzydełek motyli niewłaściwym braniem ich w rękę)
  • są i tacy, którzy twierdzą, że placówka ta niespecjalnie rozlicza się z osobami reklamującymi muzeum na ulicy (ulotkarze, często przebrani za motyle)

O tym wszystkim można poczytać chociażby na Facebooku.

Nie jestem znawczynią w tym temacie, więc mogę powiedzieć, co mnie, jako zwiedzającą uderzyło najbardziej: właśnie stosunek ceny do wielkości muzeum i ilości przedstawianych motyli („egzemplarze”, gatunki) i może faktycznie stosunkowo mało naturalne środowisko. Jak to pokoju zwali się 10 zwiedzających, to robi się tłumnie – jak te bodźce odbierają same motyle, nie wiem, natomiast wydaje mi się, że jednak powinny mieć więcej miejsca, niezależnie, ile ich aktualnie jest, zwłaszcza, że w inkubatorze, „dojrzewają” kolejne.

Z dat wypowiedzi nt. muzeum wnioskuję, że istnieje już +- przynajmniej dwa lata; rozumiem, że ktoś może powiedzieć, że wciąż się rozwijają, ale jeśli na zdjęciach zachęcających do wejścia są motyle, z których w danym momencie nawet połowy nie można podziwiać „na żywo”, to coś jest nie tak. Wygląda na to, że prowadzący idą na dużą łatwiznę, tylko po to, by zarobić.

Zdaję sobie sprawę, że za wynajem lokalu w ścisłym centrum Krakowa pewnie słono się płaci, o ile ktoś nie ma jakichś układów, ale czy faktycznie jeden pokój to właściwe miejsce na takie przedsięwzięcie? Dodatkowo trzeba mieć pewną wiedzę na temat tego, co chce się pokazywać, zwłaszcza, jeśli to żywe zwierzęta (jak z tym jest u prowadzących, nie wiem, bo kiedy tam byłam, w pokoju była tylko jedna pani, z obcym akcentem i musiała „zająć się” wszystkimi zwiedzającymi na raz, a co rusz ktoś dochodził).

Z drugiej strony, jeśli tak wiele osób, ma „ale” co do traktowania tutaj motyli, ciekawe, ile z nich zadało sobie trud zgłoszenia tego do jakiejś organizacji?